Trauma PDF Drukuj Email

Ciemno. Noc. Dwoje kilkuletnich dzieci, ja i brat, zamkniętych na klucz w ogromnym  mieszkaniu, nad zakładem pracy naszego taty. Siedzimy, skuleni w kucki, na jednym łóżku

i trzęsiemy się ze strachu. Wiemy, że wokół nikogo nie ma. Powoli schodzimy z łóżka i podchodzimy do okien. Jedne od ulicy, pusto. Drugie od podwórza, pusto. Z tyłu domu, ogromny ogród, pomieszczenia po magazynach, i przystawiona drabina od podwórza. Ta drabina najbardziej powoduje odczucie strachu A jak wejdą jacyś złoczyńcy, złodzieje a my nie mamy jak uciec. Sprawdzamy, czy okna dobrze pozamykane, zamykamy jeszcze na klucz wejście do kuchni, gdzie okno z tą drabiną, i pędem do  pokoju, tam stoi olbrzymi kredens pamiętający czasy księcia Sanguszki / Dziadek otrzymał ten mebel remontując pałac księcia/ i w tym kredensie chowamy się. Nareszcie trochę czujemy się bezpiecznie. Na schodach słychać kroki, ktoś kluczem otwiera drzwi. Serca nam biją coraz szybciej, wyobraźnia podpowiada ,różne straszne rzeczy.. ale na szczęście to tylko stróż, który przypomniał sobie, że obiecał rodzicom nas doglądać. Wyczołgujemy się z kredensu, kładziemy do łóżek i prosimy pana, żeby nie wychodził aż do przyjścia rodziców. Zasypiamy. Nad ranem budzi nas hałas dochodzący ze schodów, jakieś głośne rozmowy, mamy i taty. Wracają, na rauszu, z jakiejś zabawy, będą się kłócić czy nie? Nadsłuchujemy. Na szczęście tym razem, po kilku głośniejszych zdaniach, kładą się spać. Zasypiamy i my. Rano szkoła, dobrze, że blisko i mało lekcji…I tak co jakiś czas….!
Minęło dwadzieścia parę  lat, jestem dorosłą kobietą. Jadę windą w wieżowcu na ósme piętro do koleżanki. Nagle, gdzieś między piętrami, winda zatrzymuje się. Nic to, stoję , patrzę na zegarek, dziesięć minut, pół godziny, godzina, półtora. ….Nagle zaczyna mi się robić duszno, rozglądam się, czuję ściany windy jakby na mnie wchodziły, robi mi się słabo, wpadam w panikę, zaczynam krzyczeć, wrzeszczeć. Ktoś usłyszał i mówi, niech pani skacze może winda ruszy. Ostatkiem sił próbuję skakać w tej windzie, udało się, ruszyła. Na dole już grupka ludzi, ciekawskich, gapiów. A potem lekarz. Jeden, drugi, bo coś zaczyna się dziać, boję się wychodzić na ulicę sama. W końcu psycholog. Proszę panią, proszę sobie przypomnieć jakieś zdarzenia w swoim życiu kiedy odczuwała pani strach, lęk. Ja strach, nie pamiętam. A może w dzieciństwie? Pyta niestrudzenie. I nagle olśnienie, przypominam sobie to ciągłe uczucie lęku. Zaczynam opowiadać. No, widzi pani, znaleźliśmy źródło pani problemów, teraz będzie łatwiej leczyć. Pół roku brania leków, psychoterapia, wyszłam z tej traumy. Nauczyłam się z tym żyć. Wiem czego unikać. Wielu ludziom o podobnych problemach pomogłam. Nigdy  też swoich dzieci nie zamykałam samych w domu, bez opieki, nie zostawiając im kluczy.
Tak  już jest, że większość  problemów  zdrowotnych ma swoje podłoże w zdarzeniach z naszego życia. Większość zaczyna się w naszych duszach, w naszych umysłach. Tylko trzeba je w sobie odnaleźć a wtedy łatwiej nad nimi zapanować, łatwiej leczyć. Choroba, to nie żadna kara za grzechy, jak sobie niektórzy wmawiają, bo i takie już bzdury słyszałam. Z pewnością, optymistyczne podejście do życia, otwarcie na innych, nie trzymanie w sobie urazów, ułatwia walkę, z każdą chorobą.

PSYCH.

 

Reklama